Klub Sportowy Metro

 

Czuję się dobrym człowiekiem jako wychowanek KS Metro Warszawa

 

Wywiad z Pawłem Halabą

Pracowity i zawsze uśmiechnięty – tak Pawła Halabę, czyli płocczanina z Metra, wspominają trenerzy warszawskiego Klubu. Jak znalazł się w stolicy, czy język czeski jest trudny i czy rzucił taniec dla siatkówki? Zapraszamy na rozmowę z Pawłem Halabą - wychowankiem KS Metro Warszawa i świeżo upieczonym nabytkiem bundesligowej drużyny Hypo Tirol Alpenvolleys Haching. 

- Wróciłeś do Warszawy na okres wakacji, a za Tobą pierwsza zagraniczna przygoda; Czechy i czwarte miejsce w lidze z drużyną VK Czeskie Budziejowice…

- Bardzo ciekawa i fajna przygoda. To był mój pierwszy rok za granicą i na pewno będę go wspominać bardzo dobrze. Choć to czwarte miejsce na koniec boli, tym bardziej, że sam nie mogłem pomóc w walce o podium z powodu urazu.  To był dobry sezon –  Liga Mistrzów, Puchar CEV i mnóstwo pozytywnych meczów, w których nabierałem doświadczenia. Liga czeska ma pięć mocnych zespołów - cztery na poziomie podobnym do naszej polskiej pierwszej ligi, a ostatnie trzy drużyny należą raczej do tych słabszych i odstają mocno od reszty. Wydaje mi się, że te pierwsze teamy są na poziomie naszej PlusLigi, dzięki czemu mogłem naprawdę wiele wynieść z tej przygody. Bardzo dobrze się tam odnalazłem, trafiłem do świetnej drużyny z bardzo fajnym trenerem, który na mnie postawił i któremu mogłem odpłacić się dobrą grą na boisku. To było coś zupełnie nowego w moim życiu. Fajnie było poczuć się jako zagraniczny zawodnik, który jest inaczej traktowany przez klub.

- Skąd pomysł aby zagrać w Czechach?

- Jak wiesz, jestem po poważnej kontuzji, której nabawiłem się grając jeszcze w AZS Politechnice Warszawskiej (obecnie: ONICO Warszawa) i ten drugi rok w Warszawie nie był dla mnie zbyt dobry. Grałem bardzo mało, zaledwie parę spotkań, więc musiałem trochę się odbudować. Na początku obawiałem się, że będzie to krok w tył w mojej karierze, lecz teraz, patrząc  z perspektywy czasu, jestem niezmiernie zadowolony z tej decyzji. Zagrałem mnóstwo fajnych spotkań na wysokim poziomie i myślę teraz, że ta decyzja była bardzo słuszna. Taka zmiana była mi potrzebna. Po zakończeniu gry w Warszawie nie miałem też zbyt wielu ofert z kraju, a nie chciałem wrócić do gry w pierwszej lidze, więc stwierdziłem, że skorzystam z tej propozycji - wyjadę i zobaczę trochę świata. Nie ukrywam – to pierwszy mój wyjazd, więc zależało mi na tym, aby nie było to zbyt daleko.

- Jak Twoimi oczami wyglądają Czechy?

- Och! No ja byłem w szoku! Piękne, małe, wszędzie blisko! Rejon do którego trafiłem – na samym południu, to jak się okazało najpiękniejszy region w Czechach. Jest co zwiedzać i jak tylko miałem czas wolny to korzystałem z takiej możliwości.

- Czeska kultura? Ludzie? Język…

- Przez pierwsze pół roku rozmawiałem po angielsku, ale połowa naszego składu nie mówiła w tym języku tylko po czesku, więc i ja zacząłem go używać. Po pół roku osłuchiwania się udało mi się go w pewnym stopniu opanować. Wiadomo nie porozmawiam o wszystkim, ale o sportowo – życiowych sprawach mówię już płynnie.

- Język czeski często w Polsce jest dziwnie traktowany. Szukamy zabawnych zwrotów z ich mowy i porównujemy je z polskimi słowami.  Zauważyłeś coś takiego?

- Tak, ale tylko przed wyjazdem. W Polsce czasem śmiejemy się z ich akcentu, ale wydaje mi się, że jest to jakiś stereotyp. Uważam, że jest to bardzo ciekawy język i fajnie się go uczyło dzięki dużemu podobieństwu z naszym.

- Teraz czas na nowe wyzwanie, jakim jest Bundesliga i niemiecko-austriacka drużyna Hypo Tirol Alpenvolleys Haching. Jak się zapatrujesz na ten kolejny krok w Twojej karierze?

- Tym razem Ligi Mistrzów nie będzie, ale będą za to puchary europejskie. Idę do ubiegłorocznego medalisty Bundesligi i wydaje mi się, że jest to kolejny krok w przód. Jeszcze mocniejsza liga, więcej zespołów wyrównanych i prezentujących wyższy poziom. Liczę na to, że zdobędę zaufanie w oczach trenera i będę mógł jak najwięcej grać, bo cały czas chcę poprawiać swoje umiejętności. Mam nadzieję, że będzie to taka wyskocznia dla mnie i że drugi rok z rzędu będę mógł grać na wysokim poziomie.

- W tym sezonie zająłeś czwarte miejsce. Teraz w Niemczech Ci to nie grozi z prostego powodu - w Bundeslidze nie ma walki o brąz. Dwie drużyny, które odpadają w półfinale, zajmują razem trzecią lokatę na koniec i nie grają już ze sobą. Tak właśnie było z Twoją nową drużyną w tym sezonie. 

- Zgadza się. To jest na plus - zdecydowanie! (śmiech) Sezon kończy się dwa bądź trzy tygodnie wcześniej, bo - tak jak wspomniałaś - nie gra się już tego meczu o trzecie miejsce, a i tak zostaje się medalistą… (śmiech) Znakomite rozwiązanie. Polecam każdej lidze.

- Paweł, kiedy zacząłeś grać w siatkówkę i jak zaczęła się twoja przygoda z tym sportem?

- Moja przygoda z siatkówką zaczęła się dość wcześnie, na poziomie SKS- ów. Od piątej klasy podstawówki chodziłem raz w tygodniu na zajęcia z siatkówki – odbijałem i bawiłem się tym. Sprawiało mi to dużą radość, bo mój brat zaszczepił we mnie miłość do sportu i siatkówki. To właśnie dzięki niemu bardzo często chodziliśmy z chłopakami grać w siatkówkę przez… trzepak. W tej grupie był m.in.  Bartek Kwolek, który był moim sąsiadem i z którym mieszkaliśmy blok w blok. Trzymaliśmy się z Bartkiem razem i to też właśnie jego osoba i jego rodzina sprawiły, że cały czas miałem kontakt z siatkówką. Tata Bartka grał profesjonalnie i on od małego wszczepiał w Bartka miłość do tego sportu i zarażał tym i mnie. Zawsze jak graliśmy jako małolaty - czy to na hali czy na plaży, brali mnie do pary i z Kwolkiem graliśmy w dwójkach siatkarskich.

- Co było dalej?

 - Sprawiało mi to dużą radość, a że byliśmy w tym całkiem dobrzy, bo wygrywaliśmy wszystkie turnieje w Płocku, to tym większą miałem z tego przyjemność. W końcu trafiłem na trenera Łazowego, jest to trener UKS Małachowianki, który przyjechał na jeden z turniejów amatorskich, w którym akurat grałem jako gimnazjalista i w jakiś sposób wzbudziłem jego zainteresowanie. Zaprosił mnie na trening do siebie, ponieważ trenował wtedy drużynę najlepszego liceum w Płocku. Po pewnym czasie uznał, że nie ma większego sensu, bym cały czas trenował z tak dużo starszymi zawodnikami, a że znał się z Trenerem Wojciechem Szczuckim i z tego, co wiem, to chyba nawet mieszkali w jednym pokoju na studiach (śmiech), to stwierdził, że podeśle mnie na obóz Metra i tak trafiłem do Łukty. Trener Szczucki wysłał mnie na ten pierwszy raz z młodszym rocznikiem – 96, aby nie było dla mnie takiego szoku na początku. I wtedy tak naprawdę zaczęła się na dobre moja przygoda z siatkówką, zaczęły się treningi dwa, trzy razy w tygodniu, turnieje. Spodobało mi się to jeszcze bardziej i starałem się nakłonić rodziców, aby pozwolili mi pójść do liceum do Warszawy, ale się nie udało.

- Dlaczego?

- Rodzice powiedzieli, że nie ma takiej możliwości. Cała rodzina zawsze przywiązywała bardzo dużą wagę do nauki i nikt nigdy nie uprawiał sportu profesjonalnie, dlatego też nie zgodzili się na takie rozwiązanie. Pozwolili mi raz w tygodniu jeździć do Warszawy na treningi do Metra. I tak było przez pewien czas – znaczy się chciałem, żeby tak było, ale ze względu na szkolne obowiązki bywało z tym różnie i zdarzało się, że pojawiałem się raz na dwa, trzy tygodnie. Jeździłem jednak na turnieje m.in. finały mistrzostw Mazowsza, później na ćwierćfinał, półfinał i finał mistrzostw Polski kadetów. Było to bardzo ciekawe doświadczenie, które teraz dla mnie jest niewyobrażalne - do zespołu, który trenuje dzień w dzień, przychodzi jakiś chłopak, który jest na treningu raz na dwa tygodnie i jest brany do składu. Nie myślałem wtedy, że pewnie pojechałem tam kosztem kogoś innego. Nie zdawałem sobie wtedy z tego sprawy, bo było to wtedy dla mnie super przeżycie. Teraz jak wspominam, to rozumiem, że na początku nie byłem zbyt lubianym osobnikiem w drużynie. Ostatecznie na turnieju finałowym mogłem spłacić dług wdzięczności grając cały najważniejszy turniej. Wtedy też zostałem zauważony przez trenera Pawlika z reprezentacji Polski juniorów, który podział mi, że jak przejdę do Warszawy i trenując regularnie zrobię krok do przodu i pokażę mu na następnych mistrzostwach, że warto na mnie stawiać, to powoła mnie do reprezentacji. No i jak taki młody chłopak, jakim byłem, usłyszał te magiczne słowa „reprezentacja Polski” to nie było już mocnych. Zaczął się płacz i lament w domu. Byłem wtedy pewien, że jest to coś, co chcę robić w życiu i starałem się ze wszystkich sił przekonać do tego rodziców. Stworzyliśmy wtedy wspólnie plan plusów oraz minusów wyjazdu i ostatecznie rodzice pod pewnymi warunkami zgodzili się, bym poszedł do szkoły w Warszawie. Zacząłem naukę w liceum Kochanowskiego  i obiecałem rodzicom, że to nie jest tak, że idę tam tylko grać w siatkówkę, ale przyłożę się też do nauki i dobrze zdam maturę.

- Nie żałujesz tej trudnej wtedy decyzji?

- Nie, nie. Nie żałuję. Ale chyba drugi raz tego samego bym nie zrobił. Nie zaryzykowałbym aż tak, jak zrobiłem to wtedy. Jak dziś patrzę, ilu chłopaków, którzy kończą dany rocznik, dostaje szansę gry na naprawdę fajnym poziomie w PlusLidze czy pierwszej lidze i że to jest taki fart i łut szczęścia, to nie wiem, czy podjąłbym jeszcze raz taką decyzję. Ale nie żałuję, broń Boże! Jest super!

- Rzuciłeś taniec dla siatkówki?

- (śmiech) To już mocne pytanie. Ale nie, nie rzuciłem tańca dla siatkówki. Między tańcem a tą przygodą w Metrze dzieliły mnie dwa lata, takie wolne. Na taniec w pewnym momencie zrobiłem się za wysoki. Ja generalnie zawsze dążę do perfekcji w tym, co robię, a wiedziałem, że w tańcu nie będę najlepszy i zrezygnowałem. Przestało mi to sprawiać radość, ale bardzo dobrze wspominam tę ośmioletnią przygodę i czas poświęcony na taniec. Może nawet w jakimś stopniu mi się to przydało do czegoś… samej koordynacji chociażby. Może.

- Zastanawiasz się czasem, co by było, jakbyś trafił np. do innego warszawskiego młodzieżowego klubu?

- Nie. Czas, który spędziłem w Metrze i to, co dostałem od tego Klubu na początku mojej przygody z siatkówką, jest czymś nieopisanym i niemożliwym. Przyszedłem do Metra, trener Szczucki na mnie postawił, zdobyliśmy medal mistrzostw Polski… Kurcze, nie można wymarzyć sobie lepszego startu niż ten  w moim przypadku - za sprawą tego Klubu właśnie. Właściwie nie miałem nawet nigdy wyboru, to było z góry skazane, że wyląduje właśnie w Metrze i był to strzał w dziesiątkę. Zostałem wrzucony do tego ursynowskiego kotła i bardzo się cieszę z tego powodu.

- W swoim dorobku siatkarskim masz brązowy medal mistrzostw Polski juniorów z 2013 roku z Leżajska. Jak wspominasz ten turniej?

- Az wstyd się przyznać, ale z tego turnieju nic nie pamiętam. Zostałem wrzucony - mam wrażenie - na tak głęboką wodę, że jak sobie teraz pomyślę, o czym ja wtedy myślałem grając, to chyba tylko o tym, aby to, co robię, sprawiało mi radość. Nie myślałem o żadnych założeniach, taktyce – byłem takim młodziakiem w tej - już wtedy poważnej - siatkówce, że jest to dla mnie teraz - z perspektywy czasu - niewyobrażalne. To była taka młodzieńcza, szaleńcza, szczęśliwa siatkówka.

- Czym ten medal jest dla ciebie teraz?

- Mam teraz w Płocku taki ołtarzyk tego, co udało mi się i w tańcu i w siatkówce osiągnąć. Medal wisi tam w centralnym miejscu. Fajnie, jak jestem w domu i zbieram się do wyjazdu, rzucić okiem i tak w myślach przypomnieć sobie tamte czasy.

- A co Twoi rodzice myślą teraz  - po latach od tej Waszej wspólnej, trudnej decyzji o związaniu twojego życia ze sportem?

- Są zadowoleni, wiadomo. Jak ich dzieciak robi to, co kocha i jest to jego pracą, to wiadomo, że bardzo zadowoleni. Ale cały czas trzymają mnie na dystans, studząc emocje i przypominając, że nie będę grał całe życie i że powinienem mieć jakąś alternatywę na wypadek, gdyby zdarzyła się na przykład kontuzja. Bardzo cieszą się z tego, co dzieje się w moim życiu, że mogli dać mi taką szansę, bym robił to, co mi sprawia przyjemność, ale chcą, żebym pamiętał o przyszłości.

- Myślałeś kiedyś o tym, co by było, jakby nie udało ci się jednak przekonać rodziców i co robiłbyś teraz, gdyby nie siatkówka?

- Nie. Teraz jestem tak wpatrzony w siatkówkę, że chcę wykorzystać swoje pięć minut. Cały czas rozwijać się w tym, co robię i nie zawracać sobie głowy innymi rzeczami. Próbowałem ze studiami. Jeszcze jak byłem w Warszawie, chciałem połączyć je z siatkówką i dopasować do harmonogramu treningów. Jednak przyznam szczerze, że było to głupotą. Chodząc rano na zajęcia później na treningu byłem do niczego. Bardzo dużo się wtedy stresowałem – zajęcia, egzaminy, kolokwia.  Nie mogłem skupić się w stu procentach na siatkówce, więc musiałem zrezygnować ze studiowania.

- Rok szkolny właśnie się zakończył i zaczęły się wakacje. A wakacje to czas siatkarskich obozów. Jak Ty wspominasz swoje wakacyjne przygody z KS Metro Warszawa? Ten pierwszy obóz w Łukcie i kolejne?

- Hm.. Ten pierwszy obóz w Łukcie był bardzo… zabawy. Policyjny! Za wszystko mogliśmy zdobywać punkty: za zachowanie, umiejętności siatkarskie, mini-turnieje, zawody – za wszystko były punkty. Wszystko też było karalne, jeśli zrobiło się coś źle. Przemycenie coli na obozie to dopiero była konspiracyjna akcja podziemi! Mieliśmy tam niezłą szkołę życia i musztrę. Z perspektywy czasu bardzo to doceniam. Metro nie tylko szkoli siatkarsko, ale też wychowuje, co jest niezwykle ważne dla takiego młodego chłopaka. Choć, oczywiście, wtedy tego jeszcze się nie docenia i dociera to dopiero po latach. Później Zakopane, czyli mój pierwszy obóz z moim rocznikiem (1994-1995), to już zupełnie inne podejście. To było wejście o stopień wyżej – nie było już takiego sprawdzania na każdym kroku. Trenerzy wychodzili z założenia, że każdy z nas wie, po co tu jest i dlaczego to robi. Że sami już musimy zdać sobie sprawę z tego, co nam pomoże w karierze, a przez co sami sobie będziemy szkodzić.

- Pamiętasz coś szczególnie z Twoich obozów? 

- Obozy w Olsztynie to technika, a Zakopane to wytrzymałość, więc najbardziej z obozów w Zakopanem pamięta się te mordercze wyjścia w góry. Niektórzy na tyłach niedomagali, nie mieli siły wejść na szczyt. Więc my, jako nastolatki wtedy, mieliśmy z nich niezły ubaw.
A! Mam! Raz mieliśmy bieganie po górach i wracaliśmy do hotelu ogromnie zmarnowani. Woda się pokończyła... A koło naszego hotelu płynęło źródełko. Część chłopaków rzuciła się, by napić się wody z tego źródła. Ja na szczęście byłem w tej rozsądniejszej części. I na drugi dzień  dopadło ich takie zatrucie, że trenowaliśmy w pięciu i dwa dni mieliśmy rozwalone, bo chłopaki naprawdę źle się czuli. I do dziś mają nauczkę. Na całe szczęście wszystko dobrze się skończyło, ale pewnie nikt tego nie zapomni jeszcze przez długi czas i historie z przestrogą dla innych będą krążyć.

- Miałeś jakieś ciekawe przezwiska w Metrze?

- Hm… Generalnie zawsze wołali na mnie od nazwiska: Halaba, Halabka, Halaboma… Loczek.

- A co będzie Ci się kojarzyć z Klubem Metro?

- Oczywiście po pierwsze wartości sportowe, które zdobyłem w tym Klubie. Zawsze bardzo cenić sobie będę to, że Metro szkoliło nie tylko na tej płaszczyźnie sportowej, ale także wychowawczej. Kurcze! Wiesz co? Czuję się dobrym człowiekiem jako wychowanek KS Metro Warszawa – tak to ujmę. 

- A jak wspominasz teraz kolegów z drużyny i twój rocznik?

- Mieliśmy super ekipę. Z tym rocznikiem, z którym zdobyliśmy juniorski medal, rozumieliśmy się bez słów. Byliśmy bardzo fajną mieszanką wybuchową i w życiu bym nie przypuszczał, że uda nam się wtedy - w 2013 roku - zdobyć ten medal mistrzostw Polski. Tak jak Ci mówiłem, zupełnie nie wiem, o czym ja wtedy myślałem. Miałem w głowie tylko to, by dobrze się bawić tym, co robię i robić to tak, aby sprawiało mi to przyjemność. Nie wierzyłem, nie nakręcałem się na medal. Wiadomo, dla każdego z nas był on marzeniem, ale kiedy widzieliśmy wtedy inne drużyny, innych zawodników, którzy grali w tej młodzieżowej reprezentacji kraju, nie podejrzewałem, że nam się to uda. Pierwszy raz uwierzyłem w medal, kiedy w meczu grupowym pokonaliśmy drużynę z Olsztyna, a był to zespół stawiany jako jeden z faworytów turnieju. I wtedy sobie pomyślałem: „O kurcze! To naprawdę może się udać! Jesteśmy naprawdę mocni!”. I udało się.

- Paweł Halaba jest wychowankiem KS Metro Warszawa i …

- I mu z tym dobrze! Naprawdę dobrze!

Rozmawiała Magdalena Kocik
Zdjęcia autorstwa: Anna Klepaczko / LUMIKA / KS Metro Warszawa oraz archiwum własne KS Metro Warszawa