Klub Sportowy Metro

 

Karol Rawiak: "wychowałem się w KS Metro Warszawa"

 

Zapraszamy na rozmowę z Karolem Rawiakiem

Gdyby nie Wojciech Szczucki może dalej byłby koszykarzem. Los chciał jednak aby pokochał siatkówkę. Namówiony do przyjścia na metrowski trening - został na dłużej. Jeszcze nie tak dawno obieżyświat plusligowego zaplecza, a dziś zawodnik włoskiej Serie A. Wychowanek KS Metro Warszawa – Karol Rawiak, czyli drugi po Zbyszku Bartmanie, metrowiec w najlepszej siatkarskiej lidze świata!

- Wróciłeś z Nysy po zakończonym sezonie, który nie był dla Was udany. Ostatecznie piąte miejsce z drużyną Stali Nysa na koniec sezonu pierwszej ligi. Zdziesiątkowani kontuzjami, które nie ominęły również i Ciebie, nie powalczyliście w tym sezonie o medale.

- Niestety tak, z gry na dwa i pół miesiąca wykluczyła mnie kontuzja barku, i to tak naprawdę w momencie w którym zacząłem  łapać rytm, a moja gra zaczęła wyglądać coraz lepiej. Tak naprawdę półtora miesiąca straciłem na słuszną diagnozę – biegając od lekarza do lekarza. Na szczęście okazało się, że operacja nie była potrzebna. Później miesiąc rehabilitacji i bardzo szybki powrót na parkiet w wyniku kontuzji kolegów. Mimo, że kontuzja się nie odnowiła to jednak nie byłem w stanie zaprezentować na boisku stu procent swoich możliwości.

- Czym było dla was to piąte miejsce na koniec sezonu? Byliście drużyną z medalowymi aspiracjami, która miała konkretne plany na ten miniony sezon. Czy to piąte miejsce je zaspokoiło?

- Ciężko tak jednoznacznie określić co zawiniło w naszej grze. Na pewno byliśmy fajną drużyną, ale czego zabrakło? Tego nie wiem. Pamiętam moment, w którym przegraliśmy wejście do „czwórki”, patrząc po tym co się działo i w szatni i na treningach później to było widać, że jest to już dla nas koniec sezonu. Kiedy wiedzieliśmy już, że nie będzie nam dane walczyć w tym sezonie o to co chcieliśmy się bić, to ten nasz ogień zgasł totalnie. Tak naprawdę cały sezon był dla nas ciężki, nie szło nam. Próbowaliśmy cały czas złapać wiatr w żagle, kiedy się udawało na moment przejąć kontrolę nad tym co się dzieje to zaraz przychodziło rozprężenie i kolejna porażka. Na pewno piąte miejsce to nie było coś co byśmy chcieli. Każdy z nas stawiał sobie za cel zwycięstwo w pierwszej lidze. Fajnie, że udało się podnieść, na koniec wygrać i wywalczyć ostatecznie to piąte miejsce, natomiast zdecydowanie inaczej myśleliśmy, że ten sezon będzie wyglądał.

- KPS Siedlce, Ślepsk Suwałki, AGH Kraków, jeszcze raz Ślepsk Suwałki, Stal Nysa, a teraz czas na Serie A!

- Dokładnie. I Serie A. Wiem, że dość niestandardowe towarzystwo biorąc pod uwagę ten ostatni klub, czyli klub którego barw będę bronił w nadchodzącym sezonie. Przeprowadzka do Włoch i Biosì Indexa Sora. Hm... Nie zastanawiałem się zbyt długo kiedy dostałem tę propozycję. Zadzwonił do mnie mój menager - Tomek Kozłowski, gdzieś na początku kwietnia. W niecałe 48 godzin zamknęliśmy temat i kontrakt już miałem podpisany. Cieszę się, że trwało to tak krótko, bo przez te dwa dni totalnie nie wierzyłem, że to może być prawdą. Nie oszukujmy się – pięć lat w pierwszej lidze i nagle najlepsza liga świata. Ja jadę tam zobaczyć jak to wygląda od kuchni, jadę zrobić jak największy progres sportowy, chcę się nauczyć tyle ile będzie to możliwe i mam nadzieję, wyciągnąć z tego wyjazdu wszystko co najlepsze. To jest sytuacja, w której nie mogę nic stracić, każde wyjście na boisko będzie dla mnie na plus. I z taką myślą tam jadę, że nie mogę nic a nic stracić, a mogę bardzo dużo zyskać i hm… już nie mogę doczekać się tej przygody! Mam nadzieję przygody życia!

- Twoja nowa drużyna - Biosì Indexa Sora, w minionym sezonie uplasowała się na trzynastym miejscu z czternastu drużyn które grają we włoskich rozgrywkach Serie A. Znasz cele jakie są stawiane przed Wami na nowy sezon?

- Naszym głównym celem będzie utrzymanie się w Serie A. I na pewno będziemy robić wszystko co w naszej mocy aby założony wynik osiągnąć. Będziemy chcieli się rozwijać – każdy z osobna, bo tylko tak możemy pójść w górę jako drużyna.

- A Ty, jako zawodnik, jaki masz cel na nadchodzące rozgrywki?

- Grać, grać i jeszcze raz grać, to mój priorytetowy cel na ten sezon. Mam zamiar na każdym treningu dawać z siebie sto czterdzieści procent, żeby móc na końcu dnia spojrzeć w lustro i powiedzieć „Stary! Dziś dałeś z siebie maxa!”. I tyle. Zdaje sobie sprawę, że nie przeskoczę na raz siedmiu stopni. Muszę podążać krok po kroku. Sam też do końca nie wiem czego się tam spodziewać. Wiesz… To jest, tak mi się wydaje, tak duży przeskok, że nie chce się chyba nawet nastawiać, bo po prostu nie wiem na co. Zamierzam robić najlepiej to co potrafię oraz bardzo bardzo dużo się rozwijać w każdej dziedzinie, nie tylko pod kątem sportowym, ale też życiowym. To jest wyjazd z Polski – nie będzie rodziców, rodziny… To jest, dla jeszcze w miarę młodego człowieka, bo sportowca to już może nie do końca (śmiech), mega doświadczenie i tylko wyłącznie tak na to patrzę. Nie mogę się doczekać pierwszego lotu, pierwszego treningu, pierwszego meczu… Ale krok po kroku.

- Dziś jesteś drugim w historii KS Metro, po Zbyszku Bartmanie,  zawodnikiem we włoskiej Serie A, a Twoja przygoda z siatkówką nie zaczęła się przecież jednak tak łatwo. Do tego sportu podchodziłeś na dwa razy i dopiero za tym drugim pokochałeś tak bardzo, że postanowiłeś związać z nim swoje życie. Opowiedz jak to się zaczęło.

- Tak, to całkiem śmieszna historia. Jak kończyłem podstawówkę miałem krótki epizod w MOS Wola Warszawa, ale nie trenowałem tam nawet roku -  zaczęło się od jednego obozu i do drugiego już nie dotrwałem. Później ta siatkówka była w moim życiu na tyle, że oglądałem mecze, czasami w gimnazjum graliśmy w szkole, ale to było na tyle. Później była koszykówka, w którą grałem ponad dwa lata. Kiedy byłem w liceum na jakiś zawodach, całkiem przypadkiem, bo przy okazji jakiejś tam gierki, zauważył mnie trener jednej z drużyn, jak się potem okazało mój przyszły trener, czyli Wojciech Szczucki. Trener podszedł do mnie po tym meczu i zapytał czy nie chce przyjść na trening. Hm… Przyznam, że nie byłem wtedy zupełnie zainteresowany. Mówię: „ Nie, nie! Ja to będę Jordanem! Koszykówka to moje życie. Hip-hop. Dresy. Kultura. Daleko mi do siatkówki. Raz próbowałem i to nie to. Teraz będę „czarny”!”. Trener Szczucki nie poddał się jednak tak łatwo, chyba cztery razy jeszcze później ponawiał zaproszenie, aż w końcu zacząłem się nad tym jednak zastanawiać. Myślę - w sumie może jednak pójdę na trening, nic nie szkodzi jak się przejdę, to jeszcze nic nie znaczy - zobaczę. Byłem zdziwiony, że trener Szczucki tak nalegał, przecież ja wcale nie trenowałem nigdy tak na poważnie, więc myślałem, że jak pójdę na trening to trener przekona się, że to jednak „z czym do ludzi” i odpuści. Poszedłem i… okazało się, że jednak tak bardzo nie odstaję od chłopaków i różnica nie jest aż taka wielka jak sobie wyobrażałem. Poszedłem drugi raz… Trzeci i już zostałem. Nawet nie powiem Ci, czy już wtedy przeczuwałem, że tak mnie to wciągnie. Poznałem świetnych ludzi, z którymi od razu złapałem bardzo dobry kontakt. Myślę, że gdyby nie osoba trenera Szczuckiego nie zacząłbym nigdy więcej trenować, zawsze jak wspominam te początki to niewyobrażalne dla mnie było wtedy jaką pewność on miał, że będę grał i że zdoła mnie jednak namówić. Ilekroć jak mnie wtedy zapraszał na trening było mi niezmiernie miło, ale w jakimś stopniu zbywałem jego słowa. Lubiłem wtedy to co robiłem, byłe dzieciakiem, który miał szesnaście lat i któremu na tamten moment koszykówka wystarczała. A trener Szczucki… Zawsze uważałem go za niezwykle mądrego człowieka i słuchałem go jak ojca. Darzyłem go od początku ogromnym szacunkiem i wierzyłem w każde jego słowo. Ta wiara zaczęła nabierać też realnych kształtów – tu jakaś nagroda, wyróżnienie, zaczęły pojawiać się myśli, że może to ma sens. Zacząłem zauważać, że coraz lepiej mi to wychodzi i w pewnym momencie siatkówka na tyle weszła w moje życie, że już nie wyobrażałem go sobie bez niej i tak jest do dziś. Miałem bardzo dużo obaw, ale kurczę – jest jedno życie i dziś dzięki temu, mogę powiedzieć, że jestem ogromnie wdzięczny, że spotkałem na swojej drodze kogoś takiego, kto pokazał mi drogę, sposób na życie i uwierzył we mnie. Doceniam też sam siebie i tamtą decyzję, że jednak zdecydowałem się wtedy pójść na ten trening, że pokonałem obawy.  Dla młodego chłopaka to była bardzo ciężka decyzja.

- Jak to się stało, że dołączając do drużyn tak późno – w momencie, kiedy ta drużyna już była i trenowała ze sobą kilka lat – mianowali Cię kapitanem?

- Kapitanem zostałem na ten ostatni rok juniora.  A jak to się stało? Był obóz w Zakopanem i trener powiedział, że trzeba wybrać kapitana.  Jak to zwykle bywa powiedział, że ma swojego faworyta na to „stanowisko” i podejrzewam, że chodziło mu o mnie właśnie. Wybory były demokratyczne i bardzo ucieszyłem się, że drużyna mi zaufała. Miałem wrażanie, że dosyć szybko wkomponowałem się w ten zespół, ale nie sądziłem, że zaufają mi do tego stopnia. To było świetne doświadczenie. Mieliśmy na tyle fajną ekipę, że każdy wiedział o co gramy i po co jest w tym miejscu, w którym jest, więc ja nie musiałem w jakiś szczególny sposób motywować chłopaków. Bycie kapitanem tej drużyny to był dla mnie zaszczyt i bardzo wartościowe doświadczenie.

- 2013 rok i Leżajsk. Dwa lata po tym jak postanowiłeś wrócić do siatkówki brąz Mistrzostw Polski juniorów wisi na Twojej szyi. Wspominasz czasem te mistrzostwa?

- Wydaje mi się, że nie zapomnę tego do końca życia. To jest coś co zawsze będę wspominał, jak się spotykamy z chłopakami, to zawsze wraca ten wątek w rozmowach i wszyscy wspominają go bardzo miło z ogromnym sentymentem. Ja trenowałem tylko dwa lata, a przecież byli i tacy, którzy w tym Klubie spędzili osiem, dziesięć lat i dla nich ten medal juniorów to było zwieńczenie tej wspaniałej metrowskiej przygody. Prawdopodobnie pamiętam każdą akcję z tego turniej, każdy punkt, mimo, że w takcie, nie miałem zielonego pojęcia co się dzieje. Teraz już z perspektywy czasu pamiętam tę radość po każdym ciężko wywalczonym punkcie, z pierwszego wygranego meczu, z awansu do półfinału i tą walkę o brąz. To było super przeżycie i będę to pamiętał całe życie, bo przecież o to chodzi, po to się trenuje, właśnie dla takich chwil jak ta wtedy, te ponad pięć lat temu.

- Powiedziałeś wtedy, po tym turnieju, że to jest piękno sportu, trenuje się całe życie dla tych paru chwil na podium..

- Tak. To jest piękno sportu – podporządkowujesz mu całe życie, aby móc cieszyć się tych parę chwil na podium. A my wydaje mi się, że mieliśmy wtedy o wiele łatwiej bo dostaliśmy jakby drugie życie. Po półfinałach, które były najdziwniejszym turniejem w jakim grałem, nie spodziewałem się, że w ogóle uda nam się awansować. To w jakich okolicznościach się to stało… To na pewno się kiedyś zdarzyło, ale ja pierwszy raz w życiu brałem udział w czymś takim. (śmiech) Na finały pojechaliśmy już z taką myślą, że kurcze tu nas już mogło nie być… A jesteśmy! Czy wygramy seta, czy wygramy mecz, trzy mecze… Czy uda nam się sięgnąć po medal… Z wszystkiego będziemy się cieszyć! Wydaje mi się, że to było naszą siłą. Nie nakręcaliśmy się sami… Postanowiliśmy, że zrobimy wszystko co w naszej mocy, ale to, że jesteśmy już w tym miejscu jest dla nas nagrodą. Cieszyliśmy się z każdego meczu, a w półfinale trafiliśmy na naprawdę świetną drużynę, w składzie z m.in. z Mateuszem Bieńkiem i Bartkiem Bednorzem, którzy grają teraz w kadrze, czy Nikodem Wolański, z którym miałem przyjemność grać w tym roku w Nysie,  i przegraliśmy czysto sportowo, więc nie mieliśmy sobie nic do zarzucenia. To było świetne uczucie! ​

- Jak wiesz w tym roku juniorzy KS Metro zdobyli srebrny medal na Mistrzostwach Polski juniorów – radość kiedy stali na podium była ogromna, jednak tuż po tym przegranym meczu finałowym był smutek i łzy w oczach…  Kiedy zdobywasz brąz kończysz turniej zwycięstwem, kiedy srebro w pamięci zostaje ten przegrany mecz o złoto…

-  Tak, oglądałem oczywiście ten finałowy pojedynek. Było mi bardzo żal chłopaków, kiedy widziałem ich ogromny smutek po meczu. Niestety takie jest sport i każdy kto go uprawia musi być przygotowany na przegraną, bo nie ma na świecie sportowca, który nigdy nie poznał smaku porażki. Myślę, że zdecydowanie ciężej było przełknąć im tę przegraną, bo raz z nimi już wygrali. Jednak grali w tym turnieju bez Mateusza Janikowskiego, który był dotychczas podstawowym zawodnikiem i dużo gry opierało się właśnie na nim. Poza tym ranga finału jest zawsze inna. Są czasami takie mecze, że choćby nie wiadomo co, to nie ma opcji przeskoczyć pewnych granic. Zdziwiłbym się jakby po meczu się cieszyli – zawsze walczy się o najwyższe cele. Bili się o złoto, więc ból po przegranej musiał być bardzo duży.  Naturalnym jest, że kiedy przegrywasz lub coś ci nie wychodzi, i to nie tylko w sporcie, w życiu również, czujesz złość i smutek. Widziałem, że zostawili serce na boisku i jako człowiek z Metra jestem dumny z ich postawy. Chłopaki i trenerzy zrobili świetną robotę – po raz kolejny. Od momentu, kiedy mój rocznik stanął na podium w juniorskich rozgrywkach o Mistrzostwo Polski, to pierwszy medal w tej kategorii i to jeszcze lepszy, niż ten nasz z 2013 roku. Myślę, że ta przegrana wiele im też da. Każda porażka czegoś uczy, a oni na tych mistrzostwach nauczyli się naprawdę dużo i jestem przekonany, ze wrócili do domów jako dużo lepsi nie tylko zawodnicy, ale i ludzie. Na pewno była to dla nich niezapomniana przygoda, tak jak ja będę pamiętać swoje mistrzostwa do końca życia, tak wiem, że i oni nie zapomną tego co się tam wydarzyło, nawet jeśli kiedyś uda im się odnieść większe sukcesy- czego im ogromnie życzę- na pewno będą wspominać to srebro. Widać po nich, że są świetną grupą ludzi i siatkarzy, więc życzę im jak najlepiej i mam nadzieję, że będę miał okazję i przyjemność kiedyś z którymś z nich stanąć po jednej stronie siatki.

- Są wakacje, a wakacje to czas obozów! Jak ty wspominasz swoje obozy z KS Metro Warszawa i na ilu byłeś?

- Byłem łącznie na czterech obozach z KS Metro. To był świetny czas i bardzo dobrze wspominam te wyjazdy. To był super czas, kiedy mogliśmy pojechać z kumplami robić to co lubimy, w fajne miejsce i spędzić razem czas. To się nigdy nie nudziło i nie było uczucia przesytu, nawet jak raz w Zakopanem mieszkaliśmy w sześciu w pokoju to zupełnie nam to nie przeszkadzało i każdy się cieszył. Kurcze no! Każdy czekał na kiedy ten czas obozów, to były niezapomniane przeżycia dla nas. Teraz tylko trochę żałuję, że byłem tylko na czterech.

- Kiedy wyjeżdżasz do Włoch?

- 12 sierpnia zaczynamy konferencją prasową, a od poniedziałku 13 już na sportowo. :)

- Czego Ci życzyć na ten nadchodzący sezon?

- Zdrowia. Tylko i wyłącznie zdrowia, bo reszta zależy tylko i wyłącznie ode mnie. Jeżeli będzie dopisywało zdrowie, to nad całą resztą będę mógł już sam pracować.

- To tego Ci życzymy. Czy mógłbyś na koniec, dokończyć jeszcze zdanie: Karol Rawiak jest wychowankiem KS Metro Warszawa i…

- O kurcze! Hm… Karol Rawiak jest wychowankiem Metra Warszawa i … bardzo mu z tym dobrze! Cieszę się, że na mojej drodze stanął taki człowiek, jak Wojciech Szczucki, czyli osoba, która pokazała mi drogę, która mi niesamowicie zaufała i która we nie wierzyła i wierzy dalej. To jest dla mnie bardzo cenne i było dla mnie cenne jako dla młodego człowieka, który szuka swojej drogi w życiu. Karol Rawiak niesamowicie dobrze czuł się w tym Klubie i jest dumny, że może mówić, iż wychował się w KS Metro Warszawa. Każdemu młodemu człowiekowi, który chce spróbować się w siatkówce będę zawsze polecał ten Klub, bo nie jestem w stanie uwierzyć w to, ze przy tych ludziach, którzy tutaj są, komukolwiek może się stać coś złego. Są tu świetni trenerzy, którzy znakomicie wychowują młodych zawodników. Sport to czasem tylko zabawa, albo tylko praca… Na końcu dnia zawsze będziemy tylko ludźmi. Sport uczy wielu rzeczy i bardzo pomaga w życiu, natomiast to dla mnie tylko sport. To jest mój sposób na życie, kocham to co robię, będę robił dopóki mi zdrowie pozwoli, ale na końcu zawsze jest człowiek i dla młodych ludzi bardzo ważne jest to kogo spotykają na swojej drodze, to się liczy. Ja akurat mam to szczęście do ludzi, mam to szczęście że trafiłem tutaj do KS Metro, w tym ważnym dla młodego mężczyzny momencie – trafiłem pod skrzydła ludzi, którzy pomogli mi przede wszystkim stać się lepszym jako człowiek. Nigdy nie zapomnę tej historii, którą trener Szczucki opowiedział nam po przegranym meczu o wejście do finałów Mistrzostw Polski w moim pierwszym sezonie. Byliśmy wtedy załamani, zdruzgotani tą przegraną, a on wszedł do szatni i powiedział: „Panowie! Jestem z Was dumny! Sport to taka niewdzięczna działka życia, że nie zawsze się wygrywa! Może Ci się przytrafić jeden słabszy mecz i cały sezon się kończy. I ta porażka to nie koniec świata. Niedawno dowiedziałem się o tym, że jeden z moich wychowanków zmarł. Ze wszystkich rzeczy nieważnych sport jest najważniejszy.”  Wiem, że to mocne słowa, ale nie zapomnę ich dzięki temu do końca życia i często wracam do nich w ciężkich momentach. Kiedy sobie przypomnę o tym co wtedy powiedział, to zmienia się moje patrzenie na sytuację w której jestem, bo zdaje sobie sprawę z błahostek, do których często przywiązujemy zbyt dużą uwagę. Sport jest super, siatkówka w Metrze jest najlepsza, ale nie zapominajcie, że jesteście ludźmi. Rozwijajcie się, trenujcie w KS Metro i bądźcie dobrymi ludźmi, bo to chyba jest w życiu najważniejsze!


Rozmawiała Magdalena Kocik

Zdjęcia: Stal Nysa, Tessreporter.pl oraz archiwum własne KS Metro Warszawa